Po dłuższej przerwie w ćwiczeniach dzisiaj zmobilizowałam się do 40 minut treningu (ćwiczę aktualnie Skalpel, ale wcześniej preferowałam inny zestaw z Shape'a i Zumbę). Kolejny raz ze zdziwieniem powitałam przepływające przeze mnie endorfiny po zakończonym wysiłku, które do tego stopnia zakrzywiają perspektywę, że nawet ciało hipopotamie może wydać się właścicielce/owi atrakcyjne jak cholera. Najbardziej zastanawia mnie w fenomenie endorfin fakt, iż częściej wybieram niezdrowe ich źródła, takie jak alkohol, papierosy, słodycze, pszenne wypieki, mimo że wiem, jakie mają konsekwencje dla mojego ciała. Co z tego, że przytyję, będę miała dwa pryszcze więcej i skórę trochę poszarzałą? Przecież na moment poczuję się wesoła, bezpiecznie otulona w moją nadwyżkową pierzynkę (wałki tłuszczu)! Tak to jest z człowiekiem XXI wieku, chyba.. Wolimy wybierać to, co zaraz, a nie to, co na dłużej. Ale skoro jestem zwolenniczką długoterminowości (o czym świadczy m.in. "tak" rzeczone ukochanemu i plany matrymonialne), to logiczne powinno być dla mnie wybieranie "wypoconych" endorfin, które przy okazji przyczynią się do wysmuklenia ciała.
Czasami brak logiki zabija albo przybliża moje życie do życia Syzyfa.
Nie chcę być Syzyfem, dlatego zrobię wszystko, żeby jutro zjeść mniej węglowodanów i znowu 40 minut się poruszać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz