sobota, 21 grudnia 2013

Jak żyć bez nałogów, czyli wyżyj się na narzeczonym, bo nie palisz od dwóch dni

Właśnie kończy się pracowita sobota w domu rodziców. Porządki generalne za mną, w domu pachnie piernikiem i w sumie coraz bliżej te święta. Właśnie sobie zdałam sprawę, że jeśli mimo moich wybuchów hormonalno-okazjonalnych Narzeczony utrzyma powzięty zamiar apropos zmiany "statusu na fejsiku" (czyli Ślubu), to przyszłą Wigilię spędzę z Nim..
W wyobraźni widzę siebie w sukience takiej, jak te które mają w reklamach panie od kawy Jacobs - granatowej, obcisłej i bardzo wysmakowanej, uśmiechnięta siedzę na brzeżku kanapy, a u moich stóp pląsają dzieci i labrador. Można marzyć.
Tymczasem dzisiaj w ramach zmiany nawyków żywieniowych splądrowałam lodówkę z kindziuka i sałatki, a na obiad zrobiłam pierdzogenny kociołek ryżowo-warzywny (robię brązowy ryż i mieszam go z duszonymi warzywami doprawionymi orientalnie). Ćwiczeń zero, przemyśleń wiele, przygotowania w postaci spakowanych na po-świętach kijków do Nordic Walking poczynione.
Najbardziej przygnębiający jest mój bebzun, który zrelaksowany wywala się pod biustem. Powinien być sprężony i silny, żeby znosić przeciwności życia, a on tymczasem sobie jest, jak taki współpracownik, który przeszkadza zamiast pomagać, a wszyscy zdają sobie sprawie, że jest na kontrakcie jeszcze na dłuższy czas. Mój depresyjny nastrój wzmagają dodatkowo przeraźliwie zdrowe warunki mojego domu - zero fajek, żeby się biernie pozaciągać, a barek jest ruszany na specjalne okazje. Poza tym rodzice nadal nie pogodzili się z faktem, że ich dorosłej córce alkohol nie jest obcy, dlatego każdą sugestię dot. wspólnego sączenia np. whisky traktują jak wstęp do libacji i oznakę rychłej choroby alkoholowej.
Nic tylko zacząć ćwiczyć i jeść sałatę.
Szalom!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz